|
18 lipiec 2009
Gdzie: Ameryka Południowa
Kto: Agnieszka Niewczas, Piotr Kwitowski
OPIS:
Nikt nie myślał o Ameryce Południowej. Nie na tym etapie życia podróżniczego. Teraz? Przecież to kontynent tylu możliwości, a nam nie znudziła się jeszcze Azja…Słuchajcie!!!
Są tanie bilety! Jedziemy do Peru!?! Wszystkie teorie upadły. Oczywiście. Jedziemy.
Przed odlotem do Quito, w stolicy Hiszpanii, jeszcze leniwie spędzamy czas: snując się
po mieście, odpoczywając w parku, delektując się bieżącą ciepłą wodą w kranie i brakiem ciężkiego bagażu na plecach…po wylądowaniu na drugiej półkuli czas zaczął płynąć inaczej a styl życia uległ zmianie.
Na początek rozpoczęliśmy szybkie przemieszczanie się do miejscowości Huraz w Peru, skąd już było tylko kilka godzin autobusem do upragnionych gór. Po przygodach, niestety nieprzyjemnych zbytnio dla naszych kieszeni, spotkanych w ciągu dwudniowego, męczącego dojazdu – pokonywanego różnej jakości drogami i kilkoma różnymi środkami transportu, dwóch wyjść aklimatyzacyjnych i po pierwszym zasmakowaniu kultury ameryki rozpoczęliśmy właściwy trekking w Cordiliera Huayhuash.
Może miejsce nie tak dzikie jak w odstępach naszej ulubionej Azji, ale i tak dostarczyło nam mnóstwo emocji. Wiele nowych rzeczy widzieliśmy. Domowe lamy czy alpaki oraz dzikie wikunie, ogromne rosnące przy szlaku agawy i ukryte małe kaktusy. Pierwszy raz tak długo przebywaliśmy na wysokości powyżej 4000 m i po raz pierwszy kąpaliśmy się w gorących źródłach. To, że góry były objęte działalnością pasterzy sprawiało czasami dyskomfort, przede wszystkim w postaci wszędzie się pojawiających odchodów zwierzaków, ale działalność ludzi miała też swoje plusy. Mogliśmy zjeść inne śniadanie w postaci
świeżo złowionego pstrąga czy możliwość przeniesienia plecaków przez osiołki
na trudniejszej części trasy.
Po dwunastu dniach słońca, wiatru, czasami bardzo zimnych nocy, pięknych widoków, podejść na przełęcze, przejść urozmaiconymi dolinami, walk z bykami i z własnymi słabościami, zeszliśmy z gór.
Po górskiej peruwiańskiej części, kolejnym etapem było poznawanie Ekwadoru od strony bardziej cywilizowanej. Zaczęliśmy od miasta Cuenca, gdzie podziwialiśmy architekturę kolonialną, delektowaliśmy się jedzeniem nie z proszku i zajadaliśmy się lodami. Po takich pysznościach dla ciała i duszy ruszyliśmy bardziej na zachód, gdzie w miejscowości Puerto Lopez, tuż nad brzegiem Oceanu Spokojnego popadliśmy w zachwyt przy oglądaniu wielorybów, różnych ptaków na wyspie La Plata, oraz penetrowania podwodnego kawałka rafy koralowej. Po dziecięcych wręcz zabawach na zjawiskowej plaży, gdzie piasek gorący, kraby niezwykle szybko uciekające i ananas bosko smakujący pożegnaliśmy się z wodą
i znów ruszyliśmy w kierunku cywilizacji. Ostatnim punktem było Quito. W stolicy także
nie próżnowaliśmy. Na wysokości ponad 2700 (Quito jest drugą co do wysokości położoną stolicą na świecie), po wąskich uliczkach, spacer był już nie lada wyzwaniem, a do tego dochodziły urocze kościoły i katedry, w tym jedna z piękną, wzbudzającą wrażenia
przy wejściu, wieżą widokową oraz bazary z mnóstwem kolorowych pamiątek. Po takich wrażeniach pełni ciepłego optymizmu mogliśmy wracać.
Na koniec przeżyliśmy trochę stresu na lotnisku w Bogocie by spokojnie po miesiącu tułaczki wylądować w Warszawie.
|